Schola

Kto śpiewa – dwa razy się modli

Muzyka w kościele to rzecz o której się mówi. Chyba jeszcze częściej niż o kazaniu.  No, dzisiaj to dali czadu. Albo bardziej eufemistycznie:  trochę im dzisiaj nie wyszło. To jest fakt, który obchodzi niemal wszystkich, nawet tych, co nigdy nie słyszą fałszywych nut. Polacy, i to niezależnie od wieku, bardzo lubią śpiewać. Telewizja jest pełna talent show, bary karaoke pękają w szwach, każdy rwie się do mikrofonu żeby jeszcze raz zaśpiewać (lub wywrzeszczeć) Kryzysową narzeczoną. O czym to świadczy? Ano pewnie o tym, że te nasze gorące słowiańskie dusze potrzebują wyrażenia się w tak finezyjny sposób.

Można zdzierać gardło na karaoke i mieć niezły fun. Ale można też inaczej i z pożytkiem. W scholi.

Dobrze wybrana i opracowana pieśń lub piosenka sakralna działa jak korkociąg. Wkręca się w nasze dusze i z hukiem wyjmuje pulpę ubitą z grzechu, braku modlitwy i braku miłości. Czasem wtedy płyną łzy, często idzie się do spowiedzi – trudno o większy pożytek ze śpiewu!

Żeby tak było i u nas czuwa Izabela Siteń-Gach, która układa repertuar śpiewów na nabożeństwach, instruuje wykonawców, a Psalmów w jej wydaniu można by słuchać na osobnym koncercie.

Ale wbrew pozorom, w scholi wcale nie trzeba śpiewać superczysto. Gdyby tak było, to kościół byłby miejscem niemym. Grupy muzyczne i chóry przykościelne to ludzie z sercem, a niekoniecznie z umiejętnościami. I jakoś tak cudownie się dzieje, że nawet ci, którym słoń nadepnął na ucho, są przyczyną łez wzruszenia niejednego z wiernych. A pewnie i nawrócenia, bo to przede wszystkim podwójna modlitwa, jak mawiał św. Augustyn.

Jeśli lubisz śpiewać, nie zastanawiaj się długo. Wszyscy czekamy.