WEEKEND W PLUSCARDEN – relacja z wyjazdu Credo-Men

Nad Pluscarden już pogodna noc, choć jest styczeń. Księżyca i gwiazd nie tłumi sztuczne światło, dlatego jest piękniej niż zwykle. W pobliżu śpi majestatyczne wzgórze, najbliższy sąsiad opactwa. Stoimy w kręgu w ogrodzie i odmawiamy pierwszy Różaniec po przyjeździe. Modlimy się o dobre owoce tego niezwykłego weekendu.

pluscarden2

Kiedyś Maciek opowiadał o tym miejscu, że można przyjechać i spędzić trochę czasu u boku benedyktynów. W wyobraźni widziałem zimne cele, z jakimś posłaniem pod ścianą, dzbanem i miską na wodę. Jeszcze stół i lampa naftowa, a nad ciężkimi drzwiami krzyż. Nic z tego – rzeczywistość jest zupełnie inna, bardziej miękka. Chłopaki w dalszym ciągu mówią idę do celi, żeby nie wypaść z zakonnego kontekstu, jednak brzmi to zgoła na wyrost. To zwykłe pokoje, jak w jakimś hoteliku, całkiem wygodne. Zwyczajne łóżka, w ścianach gniazdka elektryczne, fotele. Takie cele typu light, żeby się za bardzo nie potłuc o niewygody.

Określenie ‘inny świat’ o tym miejscu to banał, ale to prawda. Położona w bezmiarze pól świątynia błyszczy swym pięknem, a przecież między wiekiem trzynastym a dwudziestym różnie to bywało. Zniszczona w czternastym stuleciu, w piętnastym zamieszkała przez garstkę benedyktynów, stała potem opuszczona przechodząc z rąk do rąk poszczególnych lordów. Do życia wróciła dopiero w latach 40. kiedy na powrót zajęli się nią mnisi z Prinknash w Anglii. I to właśnie dzięki benedyktynom w ogóle jest po co do Pluscarden jechać, bo to oni podźwignęli dzieło Alexandra II z ruin.

Wstajemy już o 4.00. Jest tak wcześnie, a za mną tak mało snu, że powoli uchodzi w ciemną jeszcze noc cały sens tej pobudki. Nawet żaden kogut, zwykle pierwszy skrzypek w porannej orkiestrze, jeszcze nie wstał, a pałęta się ich tam ze cztery zakapiory.

Nic, wleczemy się na jutrznię. Trzeba podziękować Bogu za nowy dzień, zwłaszcza że dla nas on będzie inny i ważny.

Siedzimy w prawej nawie i obserwujemy, jak po kolei zjawiają się gospodarze. Nie patrzą w naszą stronę, nie rozpraszają się niepotrzebnie. Są jak białe komety, pojawiają się w drzwiach świątyni nagle i zaraz znikają w dole krzyża. My siedzimy w krzyża prawym ramieniu, nie możemy ich widzieć. Poznaję brata Szymona, chyba jest z niego śpioch, bo wpada do kościoła ostatni. Jest już przecież 4.35, wszyscy na nogach, bój się Boga, bracie Szymonie!

Ich łaciński śpiew jest monotonny, mantryczny, przyjemny, kojący dla ucha. Kojący dla ducha. Jest jak cisza modlitwy, jak balsam. Cały zgiełk świata który zostawiliśmy za sobą, w zderzeniu z podniosłością tej prostej melodii i głębi słów wypada blado. Jazgot informacji, pozorny blask cekinu i brokatu, tandeta. A tutaj nie ma na to miejsca. Skupienie, cisza, modlitwa, oszczędzanie słów. Boska obecność.

Po godzinie, może trochę później, odpadamy, jeden po drugim. Nie będziemy równać się z zahartowanymi mnichami, oni to robią codziennie i to do ósmej. Trudno, wracamy na nasze posłania w spartańskich celach. Jak pokuta to pokuta.

Za chwilę i tak pobudka. Szybkie śniadanie i znów na Mszę. Przyszło trochę wiernych z zewnątrz, ale większość to my – trzynastu Polaków. Dla mnie to pierwszy taki weekend, dla większości już kolejny. Niektórzy z nas znają to miejsce dość dobrze – przyjeżdżali tu sami.

Każdy przywiózł ze sobą jakieś intencje. Tych na pewno nie zabraknie do końca życia, tak jak do końca życia nikomu nie zabraknie trosk. Prosimy Boga o spokój, żeby nam się życie ułożyło w dobrą, jasną i mądrą opowieść. Taką z Bożym narratorem. Modlimy się za nasze rodziny. Dziękujemy za to, co już nam dał, za każde doświadczenie. Przepraszamy za wszystko złe, za naszą ułomność. Czyli zwyczajnie, jak to w rozmowie z Bogiem.

Po Mszy odmawiamy Różaniec.

I tu następuje moja osobista katastrofa. Mam poprowadzić dziesiątkę, a nie wiem jak. Zawsze to ktoś robił za mnie! Maciej podsuwa mi tekst tajemnicy radosnej, no to czytam na głos. Grzesiek szepce mi kolejność modlitw, bo ja tylko Zdrowaś Mario. Całe życie odmawiam niekompletny Różaniec. Uszy palą mnie ze wstydu. Uporczywe uczucie popełnionej gafy towarzyszy mi przez większość dnia. Różańcowy dyletant. Katastrofa!

Około południa jesteśmy umówieni z bratem Szymonem. Będzie nam objaśniał regułę św. Benedykta.

Kiedy Benedykt z Nursji, pełnego wdzięku miasta w środkowych Włoszech, wybierał życie pustelnicze, zapewne nie podejrzewał, że formacja duchowa którą w przyszłości zapoczątkuje, będzie wciąż żywa w 2016 roku pod Elgin. Zamieszkał w grocie i w niej przez jakiś czas wiódł życie wypełnione modlitwą i kontemplacją. Tylko on i Stwórca. Potem założył klasztor, na Monte Cassino. (Pluscarden i Monte Cassino znajdą się w tej samej kongregacji benedyktyńskiej – Subiacco. Ale to już czasy nam współczesne).

Tryb życia, jaki obrał, znany był już wcześniej wśród chrześcijan w Egipcie. To właśnie stamtąd importowała go kultura zachodnia. Monastycyzm (od gr.  monachos – samotny) to forma życia religijnego którą wypełniają nasi benedyktyni: żyją z dala od ludzi, modlą się i pracują we własnej wspólnocie. Za swoisty drogowskaz służy im zbiór zasad stworzony przez ich patrona, znany szerzej pod nazwą Reguły św. Benedykta. Można ją streścić w kilku punktach:

Mnich jest skromny (Tak jak biskup Hugh, benedyktyn z Pluscarden. Można go czasami zobaczyć jak podjeżdża pod Katedrę na rowerze. Nogawki spodni chowa wtedy w podkolanówkach).

Mnich jest posłuszny.

Stały w swoim wyborze. 

Rezygnuje z grzechu.

Nawraca się codziennie.

Uczestniczy w codziennej liturgii przyjmując ciało Chrystusa.

Chwali Pana pracą.

Jest otwarty na ludzi.

Brat Szymon zjawia się w stołówce. Jest trochę speszony obecnością tylu chłopa, nie jest to dla niego codzienna sytuacja. Ale jest przygotowany, chce nam przekazać benedyktyńską ideę najlepiej jak potrafi.

Szymon skończył niedawno 37 lat.

Chief Executive Manager. Takie wizytówki mógłby nosić w portfelu Szymon, gdyby ktoś nie wywrócił jego planów. Przecież robi doktorat z zarządzania. Nie zna gregoriańskiego śpiewu, za to dobrze zna grunge.  Pytania o Boga, życie duchowe, owszem, są, ale na wielką rewolucję się nie zanosi.

Ktoś proponuje przyjazd do benedyktynów. Na parę dni, na rekolekcje. Szymon jedzie. Ale przez myśl mu jeszcze nie przechodzi, że kiedyś tu zostanie. Wtedy przychodzi to uczucie. Szymon czuje, że kocha go Bóg. I nie tylko że go kocha – daje mu jeszcze łaskę i siłę potrzebne do pójścia za Nim. Wie już, że życie mnicha, niekoniecznie benedyktyna, będzie w jego przypadku strzałem w dziesiątkę. Potem jest Tyniec – krótka wizyta. I rada: podążaj za swą pierwszą miłością. Czytaj: jedź do Pluscarden. To wtedy Chief Executive Manager idzie w odstawkę. Semestry na uczelni zamienia na pół roku postulanctwa, dwa lata nowicjatu i trzy ślubów czasowych. Zamiast dyplomu – śluby wieczyste.

Szymona słucham jednym uchem, bo w głowie cały czas dzwoni mi ten nieudany Różaniec. I wtedy dociera do mnie sens tego zdarzenia: to przecież była lekcja szczerości i prawdziwości wiary i modlitwy. Nieważne, że było mi wstyd przed chłopakami, to nie oni są tu najważniejsi. Bóg mi to wybacza i zachęca do dobrej modlitwy.

Szymon mówi przez prawie godzinę, a zaraz obiad – on ma dziś dyżur w kuchni. Właśnie szuka go brat, który chce mu o tym przypomnieć. Znajduje go z nami i przy okazji udziela wszystkim błogosławieństwa.

Obiad zaczynamy krótką modlitwą i na niewidzialny znak opata siadamy do długiego stołu. Bracia siedzą naprzeciw nas. Naszą uwagę przyciąga jeden, który stoi na ambonie, takiej samej jaką można zobaczyć w wielu kościołach. I czyta książkę, najzupełniej świecką. W taki sposób benedyktyni obchodzą zasadę savoir-vivre, która zabrania czytać przy jedzeniu: samemu broń cię Panie Boże, będzie za to czytał na głos wyznaczony.

Pojawia się jedzenie. Dyżurny podaje nam ziemniaki i brytfankę z czymś, co wygląda jak lasagne. Jedna brytfanka na dwóch, jedzenia jest dużo. Wszystko odbywa się w ciszy, porozumiewamy się gestami. Lasagne to tuńczyk zapiekany z serem i kukurydzą. Do tego gotowana marchew. Zaskakujące połączenie, ale pyszne. Jemy i obserwujemy co się dzieje. Jak zamiatają okruchy chleba ze stołu do specjalnej szufelki. Zwłaszcza w tym miejscu nie mogę postąpić inaczej – zgarniam wszystkie okruchy i zawijam w papierową chusteczkę.

Po posiłku bracia zakładają kaptury i tkwią tak w modlitwie. Z bieli ich habitów wyłamuje się jeden w czerni. Żartujemy, że ta czerń to za karę. Nic bardziej mylnego. To postulant, Wietnamczyk, w Pluscarden od trzech miesięcy. Pytamy go później z Markiem, spotkanego na spacerze, czy będzie tu długo. Hopefully forever – odpowiada.

Dla nas to wszystko nowe, niezwykłe. Sama jadalnia jest jak scenografia z filmów Hasa – białe, zimne ściany i długi stół. Na to wszystko pada jarzeniowe światło.

Na deser ciasto z budyniem. Wychodzimy objedzeni jak trutnie.

Udało nam się umówić na spowiedź, kto chce ten idzie.

Potem idę na spacer i myślę o tym starym mnichu, który od czasu do czasu odwiedza pielgrzymów we śnie. Czy kiedy szedł wtedy, ostatni raz, to szedł tą samą wąską ścieżką w górę? Czy idę po jego śladach? Być może wcale nie wchodził na wzgórze, bo był już sędziwy. Ciekawe, że nigdy nie odnaleziono jego ciała. Tajemnica.

Nieszpory. Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu. Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.  Mnisi opatuleni swoją śpiewną modlitwą, my możemy śledzić łaciński tekst przetłumaczony na angielski ze specjalnych broszur. Przynajmniej wiemy, w którym miejscu są.

I znów do stołówki, na kolację. Tym razem dyżurny lektor czyta Regułę Św. Benedykta, a na stół wjeżdża pyszne spaghetti z pomidorami i czarnymi oliwkami. Lepiej być nie może. Przez otwarte na chwilę drzwi zaplecza widzę brata Szymona. Rękawy zakasane, uwija się na zmywaku.

Wieczorem kompleta przy zgaszonym świetle w świątyni. Jesteśmy razem, ale każdy z osobna, sam na sam z Bogiem, z własnymi myślami i modlitwą. Jest ciemno, jesteśmy skupieni, a nasi benedyktyni modlą się psalmami. Jest błogo, spokojnie.

Na koniec dnia spotykamy się znowu w refektarzu. Przy zapalonej świecy mówimy, co nam dziś w duszach zagrało. Jesteśmy w tym szczerzy, przecież prawda to podstawa w relacjach z Bogiem, ale i w dobrych relacjach między nami. Prawda wyzwala. Gadany do późna, jest chyba druga kiedy się rozchodzimy. Pytanie, kto da radę wstać na jutrznię? Przecież to już za dwie godziny.

Za gościnę u Benedyktynów w Pluscarden z całego serca dziękujemy!

Credo-Men

(opracował Paweł Kalina)

Credo-Men Pluscarden